dochodze do wniosku ze chyba odsune wszystkich facetow na bok.
niepotrzebnie mnie rozpraszaja.
zajmuja moj czas, marnotrawią go, po czym odchodza, pozostawiaja w sobie niesmak.
potrzebuje spelnienia.
rozwoju, realizacji.
i tej pieprzonej motywacji, ktora by mnie popchnela do przodu w tym natłoku mysli i zajec.
chce wreszcie ogarnac moje zycie, złapac pana Boga za nogi, i wrzasnac
Never give up,it's such a wonderful life,don't let go!
nie mam tej motywacji.
zawsze czerpalam ją od kogos. Tak trudno jest zrobic cos dla siebie.
dlaczego los mi tego pozałował ?
czy juz nie jestem wystarczajaco skomplikowana?
p.s. nie mam depresji. przynajmniej oficjalnie sie do tego nie przyznaje.
wiele lat zaslanialam sie ta przypadloscią, i wiem ze tego nie wylecze,
staram sie to zaakceptowac,
uznac za czastke siebie, a nie chorobe. to cecha osobowosci, a nie zaburzenie psychiczne.
nie kazdy musi siebie kochac, nie kazdy musi wiedziec na co zasluguje.
ja chyba lubie byc wykorzystywana, i czuje, ze sie przynajmniej na cos przydaje,
a nie tkwie, marnotrawiac egoistycznie tlen.
i co jest złego w tym ze jestem swiadoma swoich wad?